O tym, że nie zawsze jest lekko- jak przetrwać na emigracji

Chyba nadszedł ten moment, w którym uzewnętrznię się trochę przed wami i opowiem o złych stronach emigracji, które może znacie z autopsji, albo z opowieści znajomych...

Większość ludzi myśli, że za granicą to jest łatwo, zarabia się więcej, a my pracujący za granicą śpimy na pieniądzach, wolny czas spędzamy na plaży i w ogóle wszystko w naszym życiu jest wspaniałe- wiadomo wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma...
Jednak życie emigranta nawet tego, który opuścił swój kraj z miłości i nawet jeżeli celem jego podróży jest  tak słoneczny i piękny kraj jakim jest Hiszpania nie zawsze jest usłane różami- dzisiaj opowiem wam trochę o tych gorszych momentach, których możecie się spodziewać jeżeli wybierzecie emigrację jako etap bądź cel waszej życiowej podróży...


Zapraszam do przeczytania mojego dzisiejszego posta,w którym trochę wam ponarzekam !

Mój emigracyjny życiorys postanowiłam podzielić na etapy, które mimo, że zostały podzielone chronologicznie, wcale w takim porządku nie występują- wszak etap czwarty może występować już na początku, a etap pierwszy przejść niezauważenie, jednak taki zapis ułatwi mi uporządkować trochę moje doświadczenia!

1. Etap pierwszy- przystosowanie się do nowego miejsca...

Kiedy emigrujemy do innego kraju, a nawet miasta musimy się przystosować do nowego otoczenia, poznać nowe miasto- nie chodzi tylko o poznanie komunikacji, najlepszego dojazdu, czy ważniejszych budynków, ale też o poznanie fajnych knajpek, restauracji czy ulubionych sklepów.
Przyjazd do nowego, nieznanego miasta trochę onieśmiela- zwłaszcza jeżeli nasze nowe miejsce zamieszkania jest większe od tego, które dotychczas zamieszkiwaliśmy, a my kiepsko znamy język. Zanim odnajdziemy się w gąszczu metra, nauczymy się gdzie są najważniejsze budynki i jak do nich dojechać minie trochę czasu, a nam uda się nie raz zgubić czy dojechać w inne miejsce niż sobie wyobraziliśmy...

Przystosowanie do nowego krajobrazu wcale nie jest łatwe, ale jak to mówią Hiszpanie poco a poco,które w wolnym tłumaczeniu oznacza małymi krokami do przodu. I właśnie wolno trzeba poznawać miasto, uczyć się ulic i dostosowywać do nowego otoczenia- mi samej zajęło to około roku, wcześniej nie raz zdarzało mi się nazywać Barcelonę Hell City, bo tak często czułam się zagubiona w gąszczu ulic bądź gubiłam się wysiadając na złej stacji metra.

Dzisiaj spokojnie mogę powiedzieć, że przystosowałam się do Barcelony- polubiłam to miasto i jestem w stanie trafić do każdego miejsca do którego mam ochotę- dodatkowo po prawie 2 latach mieszkania w Barcelonie mogę powiedzieć, że czuje się tu jak u siebie i wiem, że z czasem będzie coraz lepiej...

2. Etap drugi- co zrobić z nadmiarem wolnego czasu, szukanie pracy...

Jeżeli emigrujemy i nie mamy załatwionej pracy musimy się liczyć z tym, że znalezienie pracy w innym kraju nie jest takie proste- zwłaszcza jeżeli nasze ambicje są trochę większe, a nam zależy na trochę lepszej pracy niż na takiej na zmywaku...
No cóż jak zwykle przyda się nam cierpliwość- trzeba czekać na lepsze jutro i mieć nadzieje na zmianę losu- na szczęście w Hiszpanii można wykorzystać wiele kursów dla bezrobotnych czy kursów językowych, które w większości przypadkach są bezpłatne lub kosztują grosze...

My emigranci musimy także zdawać sobie sprawę, że musimy umieć i pokazać więcej niż rodacy pracodawców- znajomość języków czy inne dodatkowe kwalifikacje są niezbędne...

3. Etap trzeci- niedopasowanie...

No cóż, nie skłamie jeżeli powiem, że my emigranci zawsze będziemy inni- nie chodzi nawet o kolor włosów czy skóry- bo w tym przypadku nie jesteśmy tak różni od Hiszpanów. Jednak wygląd zewnętrzny na pewno ma jakieś znaczenie, o tym jak jest być blondynką w Hiszpanii pisałam wam już jakiś czas temu- co się zmieniło od tego czasu? Ano to, że przestałam zwracać uwagę na to czy ktoś na mnie patrzy, a może się po prostu przyzwyczaiłam- tak czy inaczej jeżeli zamieszkamy w obcym kraju to musimy mieć na uwadze to, że na pewno nasza inność będzie przyciągała wiele spojrzeń...

Kiedy już wejdziemy do jakiejś grupy społecznej to także spotkamy się z wieloma sytuacjami, w których nie będziemy wiedzieć o co chodzi- może dotyczyć to tematów polityki, muzyki czy powiedzeń o których nie mamy pojęcia- jednak z czasem coraz więcej z rozmów będzie rozumiane przez nas, a my z czasem dowiemy się kto to Pablo Alboran i dlaczego wszyscy piszczą na jego widok...
Mi totalna ignorancja nie przeszkadza, wszak dużo nie tracę i jakbym była emigrantem w Polsce też wolałabym żyć bez znajomości postaci takich jak: Natalia Siwiec czy Doda...

4. Etap czwarty- tęsknota...

Etap ten jest najgorszy ze wszystkich i szczerze powiedziawszy wcale nie przemija, czasem tylko na chwile zostaje stłumiony innymi wrażeniami czy codziennością, ale zawsze wraca i atakuje w chwilach, kiedy się tego nie spodziewamy...

Ja tęsknie przede wszystkim za rodziną, jedynym pocieszeniem jest dla mnie to, że gdybym mieszkała w innym mieście to możliwe, że częstotliwość mojego widzenia z rodziną byłaby podobna- jednak czasem nawet i to pocieszenie nie pomaga...

Nie zapominajmy też o tęsknocie za przyjaciółmi czy znajomymi- no cóż muszę się przyznać, ale obecnie mimo wielu znajomych nie mogę zaprzyjaźnić się z kimś na dłużej- moje prawdziwe bratnie dusze są we Wrocławiu i mimo, że nie mam ostatnio za dużo dla nich czasu to i tak wiem, że takich osób to ze świecą szukać...

Do wszystkich tęsknot dochodzi jeszcze tęsknota za moim miastem, sklepami, kinami, restauracjami, rynkiem, zimnem, deszczem, ogrzewaniem w mieszkaniu, spadającymi liśćmi, wiatrem i śniegiem-którego nie widziałam już dosyć długo i naprawdę zdążyłam się za nim stęsknić... (!) 


To chyba tyle z moich obserwacji emigracyjnych, ale mam nadzieje, że wypowiedzą się jeszcze moje blogowe koleżanki i koledzy oraz czytelnicy na obczyźnie, którzy porozrzucani są po całym świecie i dodadzą coś od siebie.
Do dyskusji zapraszam też osoby, które może nie są emigrantami, ale mają coś do powiedzenia na ten temat, a może macie jakieś pytania na temat emigracji?

Share this:

,

CONVERSATION

23 comentarios :

  1. Bardzo dobrze znam kazdy etap - moze inne okolicznosci przyrody, ale odczucia i troski te same..:) CO do tesknoty, to ona nigdy nie przeminie - chocby z tego powodu, ze my emigranci bedac daleko idealizujemy nasza ojczyzne i przyjaciol...:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. oj tak to jest prawda idealizujemy nasza ojczyzne- widze to po sobie w 100 %
      czesto mam wrazenie, ze cos niemilego co przytrafilo mi sie tutaj nie mialoby miejsca w Polsce- ale tak nie jest, bo przytrafiloby sie cos innego ;)

      Delete
  2. pięknie napisłaś Justyno .... już na wieszcz pisał, że Ojczyzna to jest jak zdrowie ,, ten tylko się dowie .. :^)
    po dwudziestu kilku moich latach na emigracji tęsknota jest nawet jakby silniejsza za przyrodą i kulturą i językiem (których jak się mieszka u siebie w Ojczyźnie to się często aż tak nie szanuje) .. to prawda co napisano w poprzednim komentarzu, że my emigranci mamy często rożowe okluary i idealizujemy kraj rodzinny ale to normalne
    .. dlaczego tęsknota po latach się nasila .. być może bo tu w nowym kraju już wszystko za nami i całkiem znajome rodzina, praca, zwyczaje .. prawde mówiąc nigdy nie przesiąknąłem pop-kulturą nowego kraju nieiwle mnie interesuje choć interesuje bardzo przyroda i może dlatego jest jakieś 'zawieszenie' pomiędzy krajem rodzinnym a krajem emigranckim .. kiedy pojawią się dzieci już całkowicie wsiąknięte w nowy kraj to pojawiają się nowe wyzwania :^) .. po latach egzotyka nowego już nie jest wyzwaniem ...
    przybyłem za ocean nie z miłości ale z ciekawości świata i nie żałuję tego .. emigracja sprawiła, że w pewnym sensie stałem się bardziej świadomy świata i to ukształtowało moje liberalne poglądy i dobrze mi z tym ..
    .. wiem też, że powrócę do kraju rodzinnego do mojej przyrody i kultury :^)
    poruszyłaś bardzo interesujący temat wielkie dzięki .. słoneczne pozdrowienia :^)

    ReplyDelete
    Replies
    1. oj tak prawda jest taka, ze po czasie nowy kraj powszechnieje i juz nie jest taki egzotyczny-ja tez bardzo tesknie za polska przyroda i pogoda :)
      dzieci jeszcze przede mna, wiec nie wiem jak to jest miec juz pelna rodzine w nowym kraju- moze latwiej? a moze wlasnie trudniej jest obserwowac dzieci wychowane juz w nowym kraju, ktore nie znaja twojej polskiej kultury?
      to wszystko jeszcze przede mna !

      fajnie, ze wrocisz do Polski! myslisz, ze po tylu latach sie tam odnajdziesz?
      dzieki za wypowiedz!

      Delete
    2. sam nie wiem czy się odnajdę .. myślę, że to będzie już trudne .. kraj w którym dorastałem już nie istnienie takim jakim był .. a i w nowy też nie jest 'mój' .. taki los emigrancki choć to daje pewien szczególny dystans do spraw i zdarzeń wcale nie zły :^) ... będę miał pewną misję aby zaopiekować się Rodzicami już w podeszłym wieku .. na pewno dam sobie radę ...doświadczenie emigracyjne daje wiele siły woli i zdania się na siebie

      .. jeszcze raz przeczytałem jak fajnie napisałaś o poznaniu Barcelony i roszyfrowaniu metra i dzielnic .. pamiętam jak kiedyś po raz pierwszy odwiedziłem BCN i wysiadając na stacji Urquinaona w Eixample .. pomyślałem, że tak egzotyczna nazwa jak na moje ucho to jakby imię jakiegoś indiańskiego wodza :^)) .. ale potem doczytałem się, że to był biskup :^)) ..

      Delete
  3. tak to jest, jak się jest tu, tęskni się za tym, co jest tam, jak się jest tam...tęskni za tym, co tu ;)

    ReplyDelete
  4. To jest coś za coś. Ci co siedzą w Polsce marzą o zagranicy, a Ci co wyjechali tęsknią za krajem. Ja pomimo całej palety zalet życia w Hiszpanii jestem w stanie wyobrazić sobie tęsknotę za ojczyzną. Doświadczyłam tego odseparowana od bliskich, kraju i języka w Grecji i pomimo, że był to krótki czas czułam się jak Mickiewicz na obczyźnie. Chyba nigdzie nie jest dobrze, jeżeli sami w sobie wszystkiego nie poukładamy. I tak nie jest źle, biorąc pod uwagę połączenia i długość lotu do kraju. Co innego gdybyś mieszkała gdzieś na końcu świata. A czy spodziewasz się, że zostaniesz tam już na zawsze?

    ReplyDelete
    Replies
    1. w sumie powiem ci, ze wiem ze teraz nie odnalazlabym sie ani w Polsce, ani w Hiszpanii wiec juz chyba zawsze bede trwac w takim zawieszeniu pomiedzy tymi dwoma krajami ;)

      czy zostane tu na zawsze? nigdy nie wiemy co nam przyniesie zycie i w sumie nie wiem, moze kiedys rzuce wszystko i wroce do Polski :)

      Delete
  5. Też jestem blondynką w Hiszpanii, mieszkam tu 9 rok, a wcześniej, z przerwami na powroty do kraju, 10 lat
    w Ameryce Południowej. Stale gdzieś się przemieszczam i to jest to, co lubię. Co trzy miesiące jeżdżę
    do Polski na 2 lub 3 tygodnie i to zaspokaja moją tęsknotę :)

    Tutaj, w okolicach Malagi, jest taki natłok turystów, jak również obcokrajowców na stałe mieszkających
    na Costa del Sol, że problem inności jest mocno zniwelowany. Anglicy, Finowie czy Holendrzy mają
    nawet swoje sklepy, w których mogą kupić produkty typowe dla swojego kraju. Każdy większy supermarket
    też ma duże działy z produktami z różnych regionów świata.
    W Centrach Zdrowia zatrudnieni są tłumacze hiszpańsko-angielscy, często są obecni również w urzędach.
    Transport miejski jest świetnie zorganizowany - znakomita jest przede wszystkim kolejka "cercanías" -
    szybka i niezwykle punktualna - rusza z Fuengiroli i zawiezie nas do Malagi, a po drodze możemy wysiąść
    w Benalmádena, Torremolinos czy na lotnisku.
    W najbliższej okolicy, oprócz licznych kościołów, jest też meczet, również stupa buddyjska.
    Mieszają się narodowości, języki, religie i mentalności.

    O ile ma się pracę - mieszka się tu przyjemnie. Ludzie są serdeczni, widoki zapierają dech w piersiach,
    klimat przyjazny jak mało gdzie.

    Wcześniej przez parę lat mieszkałam w centrum, w okolicach Madrytu, a niedługo planuję pomieszkać trochę
    na przeciwległym krańcu Hiszpanii - w Kantabrii, niedaleko Santander.

    Mam bardzo dobre doświadczenia emigracyjne i mimo że z przyjemnością i nostalgią jeżdżę do Polski,
    na dzień dzisiejszy wolę "fiesta, siesta y mañana" ;))

    Saludos :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. u nas tez jest duzo turystow w centrum, a kolo Sagrady Familii znajduje sie nawet Polski sklep, jednak ja mieszkam troche dalej od centrum dlatego tez czasem zwracam uwage ludzi, ale jak juz mowilam zdazylam sie do tego przyzwyczaic

      wow! ameryka poludniowa- poki co dla mnie to tylko dalekie marzenia :) ale moze kiedys sie spelni! :)

      Delete
  6. Emigracja ma swoje plusy i minusy, ale dopóki jesteście we dwoje, kochacie się i się wspieracie, to Tobie będzie się tam lepiej żyło. Z każdym rokiem będziesz się tam czuła coraz bardziej jak u siebie w domu. Ja po roku czasu na emigracji, odwiedzając dom rodzinny, z wielką chęcią wracałam dalej na emigrację bo tam gdzieś w świecie czułam się jak u siebie.
    Emigracja otworzyła mi również oczy na znajomych, którzy zostali w kraju. Za każdym razem kiedy odwiedzałam Polskę słyszałam z ich ust, że śpię na pieniądzach, że jestem wielka pani, że może załatwiłabym pracę, pomogła. Kiedy mówiłam, że pomóc mogę ale w noclegu, nie w znalezieniu pracy bo za tego kogoś przecież na rozmowę nie pójdę, słyszałam w odpowiedzi, że w d... mi się przewróciło i odwracam się od starych znajomych. Kiedy coś takiego padało z ich ust, taką znajomość uważałam za skończoną. Jednym słowem emigracja pokazuję kto tak naprawdę jest godny naszej uwagi a kto nie!

    ReplyDelete
    Replies
    1. gorzej jak sie klocimy ;)
      ale tak serio to masz racje, zwlaszcza z tym, ze emigracja pozwala zobaczyc kto jest twoim prawdziwym przyjacielem, a kto nie :P
      ja tez wiele razy sie przekonalam, smieszy mnie tez kiedy dawno nie widziani znajomi przypominaja sobie o moim istnieniu, wlasnie wtedy kiedy szukaja noclegu- nie zebym miala cos przeciw, ale kiedy jeszcze mieszkalam w Polsce to moglabm dla nich nie istniec :P

      pozdrawiam!
      p.s. nie wiedziala, ze ty tez jestes na emigracj!

      Delete
  7. This comment has been removed by the author.

    ReplyDelete
  8. Potwierdziłaś moje przypuszczenia co do tęsknoty za krajem. Ja mam tak, że nawet jeśli jestem na wakacjach gdzieś za granicą to z radością wracam między znane krajobrazy, choć wiadomo, że mankamentów mają wiele i narzekać nad upadkiem obyczajów, polityki, kultury i zagospodarowania można byłoby dużo. Ale to jest chyba własnie patriotyzm:p

    ReplyDelete
  9. Niezła klasyfikacja. Mieszkam juź ponad 10 lat poza Polską i przez ten czas musiałam 4 razy rozpoczynać życie w nowym miejscu. Fazy opisane przez Ciebie oceniam na 2 do 3 lat. Potem dochodzi się do siebie. Następuje faza, w której czujemy, że nie jesteśmy już stamtąd. Bo do Polski już też nie pasujemy...
    Moim zdaniem, aby naprawdę poczuć się w nowym kraju jak u siebie w domu trzeba pozbyć się poczucia tymczasowości. Innymi słowy przekonać siebie samego, że to tujest teraz nasz dom. Nawet wtedy, gdy nie planujemy pozostać na stałe. Gdy wyjeżdżamy za miłością, jest to chyba łatwiejsze niź w inych sytuacjach -sama akurat nie mam doświadczenia w tym aspekcie. No iważne jest życie kiędzy tubylcami. Im więcej kontaktów z miejscowymi, tym lepiej. Tu pomocne jest posiadanie dzieci. Bo gdzie tak łatwo nawiązać kontakty jak nie wszkole czy przedszkolu. Nierodzicom polecam kluby sportowe, stowarzyszenia, chóry, orkiestry i wolontariat.
    Pozdrawiam Ciebie Justynko i wszystkich na emigracji. Trzymajcie się mocno!

    ReplyDelete
  10. Justynko, zniechęcająco to nie zabrzmiało :) Z moich obserwacji wynika, że najczęstszym minusem życia z dala od Ojczyzny jest właśnie tęsknota...
    Inaczej też jest jak się jedzie tam SAMEMU i zaczynać trzeba od zera, a tak jak Ty do KOGOŚ - w tym przypadku bliskiego. Tego się nie da porównać. Niemniej jednak, nie jestem typową Polką i życzę szczęscia ;-) . Pozdrawiam :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. no wlasnie tesknota...
      brak bliskich w tym samym miescie, aby moc umowic sie na kawe czy wpasc w kazdym momencie do mamy na obiad- chociaz czasem nawet mieszkajac w tym samym miescie ciezko jest sie umowic ...
      gdybym nie miala tutaj mojego meza nie wiem czy zdecydowalabym sie na zycie z dala od kraju ;)

      pozdrawiam!

      Delete
  11. Znam to bardzo dobrze, też jestem emigrantką z tą różnicą że mieszkam w Niemczech (niestety - złota szczerość...) a przyjechałam tu jak miałam 12 lat. Języka nie znalam w ogóle, no jedynie to powiedzieć jak się nazywam, ile mam lat.. Także bylo okropnie. Teraz umiem biegle niemiecki ale w sumie zawsze zdradza mnie akcent...:)

    ReplyDelete
  12. Hiszpania to kiepski kraj do życia. Mnie przeraża jednowymiarowość ludzi. nie są w ogóle interesujący. Są mdli bez zainteresowań. Mężczyźni gadają obowiązkowo o piłce i czasem polityce i samochodach i pieniądzach. Ludzie mało wiedzą bo nie mają dostępu do informacji. Media w stylu tv służą do zabawy lub takiej powierzchownej analizy aktualnych wydarzeń. nie ma w ogóle mediów z ludzką twarzą mówiących o ludzkich problemach- bo showy o ludzkich problemach uważam za aberację!. Nie ma ciekawych dokumentów. w kinach leci badziewie - wybór dodatkowo 3 razy mniejszy niż w Polsce- koszmar. Wciąż nie mogę uwierzyć jak może 45milionowy kraj nie mieć ani jednego tygodnika w stylu Polityki , nie mówiąc o pismach literackich czy o sztuce. Że w 45 milionowym kraju nie ma niezależnej dystrybucji filmów. To nie jest normalne! religię zastąpił futbol -jedyny oprócz koszykówki sport. To jest społeczeństwo w rozkładzie. Ludzie zamknięci w rodzinach-w cale nie tak społeczni -bo to udawana otwartość. W Polsce 10 ludzi Cię nie lubi ale jeden polubi. tu jak nie lubi to 100% . Ja należę do tej niestety grupy nielubianych więc nie liczę na nic stąd zwracam uwagę na inne aspekty życia! Jednak brak tego, że nie możesz kupić tygodnika siąść sobie w parku i poczytać, że nie możesz iść do małego kina i zobaczyć film niszowy z Holandii , Szwecji czy Francji. Wszędzie cafe con... lub solo- cały wybór Hiszpana!. te same potrawy, wszystko z tym cholernym białym syfem zwanym chlebem - co obraża chleb! Warzywa -lepiej nie myśleć co to za syf- psuje się szybko i w sposób nietypowy. Mięso zapewne tez podobnej jakości. By dobrze zjeść trzeba zarabiać fortunę i kupować artesanos. Człowiek nie ma zaufania do jedzenia i instytucji bo wszystko działa bez zasad acz schematycznie. Książki sa koszmarnie drogie , restauracje też Banki nieczynne popołudniami -co to k-a jest. dla kogo są tu banki? tu dla bankierów tylko! HISZPANIA TO PIEKŁO DLA LUDZI KULTURY. TU WSZSCY SĄ POPRAWNI POLITYCZNIE -NIKT SIĘ NIE UPIJE BO BOI SIĘ ŻE POWIE CO MYŚLI A PRZECIEŻ TU NIE WYPADA MÓWIĆ CO SIĘ MYSLI!!!. Jedyne ładne rzeczy to zabytki i część muzyki i to wszystko. Miłe też sa tradycyjne imprezy- ale to bardziej na południu bo tu na północy to wszystko bez uroku jest.

    ReplyDelete